Japonia, weekend - Kyoto cz.1

W sobotę rano zaraz po śniadaniu ruszyłem na stację kolejową Kobe Sannomiya z nadzieją szybkiego dotarcia do Kyoto. Z Kobe do Kyoto jest około 70 km więc stosunkowo niedaleko. Jak się okazało jest bezpośredni pociąg. Muszę przyznać że oznakowanie peronów i potem pociągów nie jest szczególnie jasne. Wielokrotnie musiałem pytać o kierunek.
Patrząc na wyświetlacz pokazujący najbliższe pociągi kompletnie nie miałem pojęcia do którego powinienem wsiąść. Przed wejściem do pociągu dopytałem się kobiety sprzątającej peron czy ten pociąg jedzie do Kyoto. Według niej, tak. Rozsiadłem się wygodnie ale coś mi nie pasowało. Kiedy studiowałem tablicę z zaznaczonymi przystankami mojego pociągu podeszła do mnie przypadkowa pasażerka z pytaniem czy potrzebuję pomocy. Muszę przyznać że taka sytuacja zdarzyła mi się tutaj już kilkukrotnie i zawsze jest to bardzo miłe że ktoś sam, bez pytania oferuje pomoc zagubionemu turyście.
Całe szczęście że współpasażerka się zainteresowała bo okazało się że jadę niewłaściwym pociągiem. Na najbliższej stacji przesiadłem się już na właściwe połączenie i dojechałem do celu bez problemu.
Po drodze zrobiłem kilka fajnych fotek, między innymi wielki neon “ACTA MORE“, bynajmniej bez związku z ostatnio głośną ustawą oraz, chyba nowy produkt Apple – iCoca 😛
Prawie pod koniec podróży chciałem zerknąć jak wyszły te zdjęcia. Otworzyłem wyświetlacz aparatu, włączyłem funkcję przeglądania zdjęć tylko po to aby zobaczyć napis “Brak karty pamięci”. W pierwszej chwili załamałem się że wybrałem się na całodniową wycieczkę z aparatem bez karty pamięci 🙁
Na szczęście po chwili zorientowałem się że karta siedzi sobie spokojnie w portfelu i pomimo straty kilku zdjęć z drogi, jestem uratowany 🙂

Kyoto

Wysiadłem z pociągu i natychmiast zwalił mnie z nóg wygląd dworca kolejowego. Przypomniałem sobie Lublin czy Warszawę i zrobiłem się malutki. Może powinienem podesłać te zdjęcia naszemu ZUS’owi 🙂
Szukając księgarni żeby sobie kupić mapkę Kyoto natknąłem się na pucybuta. Myślałem że ten zawód już przestał istnieć.
 

Kiedy stałem przy wyjściu z dworca z mapą miasta planując trasę zwiedzania, ponownie dzisiejszego dnia ktoś sam z siebie do mnie podszedł pytając czy potrzebuję pomocy. Tym razem był to młody chłopak który najpierw odwiódł mnie od pomysłu pieszego dojścia do zamku Nijo a potem zaprowadził mnie na odpowiedni przystanek autobusowy (przed dworcem jest ich dziewięć) i wytłumaczył jak tutaj się “jeździ” autobusami. Musicie mi uwierzyć na słowo, tutaj płaci się przy wyjściu z autobusu. Wyobrażacie sobie coś takiego w Polsce? Wsiadamy, jedziemy gdzie chcemy i dopiero przy wysiadaniu wrzucamy pieniądze do automatu przy kierowcy. W tym samym miejscu także można rozmienić pieniądze jeżeli nie mamy odliczonej kwoty. Nie ważne czy jedziemy jeden czy dziesięć przystanków, opłata to zawsze 220 jenów czyli jakieś 9 PLN.
Czymś czego nie widziałem nigdzie indziej jest to że autobusy, jak i taksówki, gaszą silnik stojąc w korku lub na światłach. Domyślam się że jest to kwestia ochrony środowiska, ale zawsze mi się wydawało że najwięcej energii jest zużywane na odpalenie silnika i takie jego częste gaszenie i zapalanie jest nawet gorsze. Z drugiej strony skoro tutaj tak robią to muszą mieć ku temu dobre powody.

Zamek Nijo

Budowa zamku została ukończona w 1626 roku w czasie szogunatu rodu Tokugawa i był siedzibą siogunów przez wiele lat. Japoński zamek jest czymś całkowicie innym od europejskiego odpowiednika. Niestety w środku nie wolno robić zdjęć, a przed wejściem trzeba zdjąć buty i dalej człapać w specjalnych skórzanych ciapkach. Dowiedziałem się także że drewniana podłoga celowo skrzypi aby z daleka było słychać że ktoś się zbliża korytarzem.

       

Jutro reszta opisu Kyoto jak to pogubiłem się w “dzielnicy” świątyń i przeszedłem rytuał oczyszczenia ciała i umysłu przy świątyni Kodai.

comments powered by Disqus