Meksyk - Park Xcaret, flamingi, papugi i Dzień Zmarłych

Drugą większą atrakcją tego wyjazdu był Park Xcaret (czyt. eszkaret). Wybraliśmy się tam drugiego listopada, kiedy to obchody Meksykańskiej wersji Święta Zmarłych są bardziej nastawione na dorosłych. Bus odjeżdżał z przed hotelu o 7:00 rano. Po drodze zgarnęliśmy ludzi z innego kurortu, a u celu byliśmy w ciągu godziny. Podczas jazdy opowiadano nam o czekających na nas atrakcjach. Pomimo zapewnienia przez przewodnika, że można zadawać pytania, wydaje mi się, że go zdenerwowałem zadając jedno. Po przyjeździe na miejsce otworzył drzwi busa i kazał nam wysiadać. Wszyscy wysiedli i stoją jak barany patrząc się na siebie, bo po prostu nie wiedzieliśmy co robić dalej. Stoimy na środku wielkiego parkingu ze wszystkich stron otoczonego wysokimi drzewami. Nie widać żadnego konkretnego znaku w którą stronę iść, więc grzecznie zadałem drugie pytanie tego poranka. W odpowiedzi usłyszałem jedynie "wyluzuj się, jesteś na wakacjach". Bardzo rzeczowa i wyczerpująca odpowiedź. Na widok mojej wielce uradowanej miny wreszcie raczył nam odpowiedzieć, żebyśmy usiedli pod pobliską wiatą i zaraz nam wszystko wytłumaczy. Po usłyszeniu kilku konkretów co do powrotu i uzyskaniu informacji jak wejść na teren parku wszyscy ruszyliśmy dalej.
Zaraz za bramą wejściową przywitał nas egzotyczny widok flamingów i wielkich kolorowych papug. Z papugami można sobie robić zdjęcia, ale jak się dowiedzieliśmy, że jedno zdjęcie, co prawda dostajemy je wydrukowane i oprawione, kosztuje 17 dolarów to nam lekko mina zrzedła. Na odchodne chcieli nas zachęcić super promocją polegającą na opłacie jedynych 80 dolarów za nieograniczoną ilość zdjęć z papugami, które już dostajemy w formie elektronicznej. Jakoś się nie skusiliśmy.
Na początku trochę się błąkaliśmy bez celu, aby zapoznać się z terenem. Mapka którą dostajemy nie jest jakoś super jasna. Park oferuje ogromną ilość najprzeróżniejszych atrakcji począwszy od ruin starych budowli Majów, przez egzotyczne zwierzęta i spływy podziemnymi rzekami, kończywszy na spektaklu teatralnym zrealizowanym w prawdziwym rozmachem.

Zwiedzanie zaczęliśmy od akwarium. Poza rybkami i innymi małymi stworzeniami morskimi można zobaczyć tam rekiny, delfiny, krokodyla, płaszczki, lwy morskie oraz żółwie w każdym stadium rozwoju. Ciekawym jest, że żółwie po osiągnięciu odpowiedniego wieku / rozmiaru są wypuszczane na wolność. Na stałe trzymanych jest ich tylko kilka.

Powyższe było jedynie rozgrzewką przed prawdziwym wyzwaniem, a mianowicie spływem podziemną rzeczką. Monika nie była tym pomysłem szczególnie podekscytowana. Może się mylę, ale fakt że nie umie pływać mógł mieć na to jakiś wpływ :) Tak czy inaczej stanęła na wysokości zadania i przepłynęła całą trasę trzymając się mnie dla dodania sobie otuchy.

Po takim wysiłku zasłużyliśmy na odpoczynek. Zjedliśmy sowity lunch i ucięliśmy sobie króciutkie drzemki na hamakach. Muszę sobie sprawić taki hamak do domu, niezmiernie wygodna rzecz.

Następnie udaliśmy się do wioski Majów, gdzie chaty i stragany były udekorowane specjalnie na obchody Meksykańskiego Dnia Zmarłych (Día de Muertos). Zaraz obok niej był kolorowy cmentarz i duży targ z niezliczoną ilością pamiątek i straganowych bibelotów. Na cmentarzu panowała wesoła atmosfera. Ta kultura jest tak diametralnie inna od naszej, że aż się nie chce wierzyć. Kto przy zdrowych zmysłach zażyczyłby sobie nagrobek cały wyklejony kapslami od piwa?

Idąc dalej, całkiem przypadkiem natknęliśmy się na tłumy ludzi stojących przy barierkach. Dopiero kiedy w końcu dopchaliśmy się gdzieś, gdzie było widać na co patrzą, zorientowaliśmy się co jest tam takiego interesującego. Był to spektakl pokazujący codzienne życie w wiosce Majów włącznie z rytuałem pogrzebu władcy.
Tak jak wspomniałem wcześniej, jedyne co dostaliśmy to bardzo kolorową mapkę poglądową terenów. Program imprez był na wielkiej tablicy przy wejściu do parku, ale nikt nie rozdawał wersji papierowej do której moglibyśmy sobie zerknąć w każdej chwili. Szkoda, bo takich przedstawień mogło być więcej, a my je po prostu przegapiliśmy.

Dzień zbliżał się już do końca, a z tego co zdołaliśmy odczytać z niezbyt jasnego programu za niecałą godzinę miał się zacząć spektakl specjalnie wystawiany na Día de Muertos. Sprawdziliśmy trasę i ruszyliśmy z kopyta. Po jakichś 50-ciu metrach natrafiliśmy na przeszkodę. Spora liczba straganów, na których serwowali najprzeróżniejsze lokalne jedzenie. Nie mogliśmy takiej okazji odpuścić.

Pod bramę wejściową amfiteatru dotarliśmy na pół godziny przed spektaklem. Tam się dowiedzieliśmy że ten półkilometrowy "wąż ludzki" to jest kolejka do wejścia. Ustawiliśmy się na końcu i cierpliwie czekaliśmy aż zaczną wpuszczać. Po chwili ruszyliśmy do przodu w iście żółwim tempie. Niestety nasze rozczarowanie było ogromne kiedy bramka została zamknięta na jedną osobę przed nami. Oczywiście zarówno facet przed nami, my jak i kilka osób za nami próbowało się wykłócić żeby nas wpuścili. Nic z tego. Trochę podłamani zaczęliśmy się rozpytywać, jakie inne spektakle teraz są wystawiane. Powiedziano nam że główny show dnia właśnie się zaczyna i powinny być jeszcze miejsca. Najpierw się zdziwiliśmy, bo według programu to ten spektakl na który się nie dostaliśmy wyglądał na główny. Nie zastanawiając się długo ruszyliśmy na ostatnią atrakcję tego dnia.
Na miejscu okazało się, że było jeszcze całkiem sporo wolnych miejsc, a ten amfiteatr był naprawdę ogromny. Mam nadzieję, że poniższe zdjęcia oddadzą majestat tej budowli.
Spektakl przedstawiał historię Meksyku, począwszy od najstarszej znanej historii Majów, a kończywszy na obecnym, bardzo chrześcijańskim Meksyku. Zaczęło się od rytualnych tańców plemiennych, potem aktorzy rozegrali krótki mecz w tradycyjną grę pitz, po którym nastąpiła bardzo widowiskowa gra w specyficzny rodzaj hokeja na trawie, ale płonącą żywym ogniem piłką. Dalej krótka historia przybycia i krwawego podbicia Majów przez Hiszpanów. Cały spektakl zakończył się tradycyjną muzyką z kilku wybranych stanów Meksyku. Każdemu gorąco to polecam, bo jest to widowisko jedyne w swoim rodzaju.

Po wszystkim wróciliśmy do hotelu późnym wieczorem, wyczerpani ale bardzo zadowoleni. Xcaret, pomimo że dosyć drogi, około $100 za osobę, w zależności od wybranego pakietu, polecam każdemu. Jeden dzień nie wystarczy, aby wszystko zobaczyć. Jeżeli jeszcze kiedyś wrócimy w te rejony, na pewno odwiedzimy Park Xcaret ponownie.

Część 1: Meksyk - Tulum i kilka pierwszych dni
Część 2: Meksyk - Park Xcaret, flamingi, papugi i Dzień Zmarłych
Część 3: Meksyk - Ruiny Chichen Itza
Część 4: Meksyk - podsumowanie

comments powered by Disqus