Tydzień w Japonii i Korei

Japonia - Kobe

Karaoke Ach jak ja lubię Japonię. Pomimo tego, że na dzień dobry, czekając na windę na lotnisku, pewien pan stojący tuż przede mną spierdział mi się prosto w twarz i jakoś za bardzo go to nie obeszło. Lubię tu wracać, lubię to jedzenie, lubię tych przesadnie uprzejmych ludzi (poza incydentami jak powyżej). Pomimo pewnych wad, jest to miejsce do którego chętnie wracam.
Miałem nic nie pisać o tym wyjeździe, jako że jest to bardzo intensywny wyjazd z pracy, ale nie mogłem się powstrzymać. Ostatni raz w Kobe byłem 4 lata temu. Spędziłem tu całkiem sporo czasu, więc poznałem nieźle okolice biura, czyli centrum miasta. To pozwoliło mi teraz zauważyć jak wiele się w mieście zmieniło od mojej ostatniej wizyty. Powstały nowe sklepy, małe wąskie budynki wciśnięte pomiędzy inne, gdzie kiedyś była wolna przestrzeń. Byłem mile zaskoczony rozpoznając uliczki i zauważając, że coś się w nich zmieniło.

Zakupy w FamilyMart Skoro Japonia, to oczywiście musiał się pojawić temat jedzenia. Jadłem trzy rodzaje Okonomiyaki: z kalmarów z makaronem soba, z krewetek z kapustą oraz z wieprzowiny z zieloną cebulką. To podobno uprawnia mnie do stwierdzenia, że jadłem wszystkie oficjalne wersje okonomiyaki. Jednak, co w dużej mierze mnie skłoniło do napisania tego wpisu to jedzenie surowizny. Ale, nie byle jakiej! To żadna sztuka zjeść surową rybę w Japonii. Jednego wieczoru ludzie z pracy zabrali mnie do restauracji gdzie serwują surową koninę, oczywiście ryby i co najdziwniejsze surowe mięso z kurczaka. Nigdy się nie spodziewałem, że będzie mi dane jeść surowe piersi z kurczaka, a już na pewno nie podejrzewałem, że mi to posmakuje. Tak czy inaczej nie próbował bym tego w domu z kurczakiem z supermarketu.

Japonia nocą Później przy piwku dowiedziałem się, że Japonia posiada jedynie szczątkową armię, ponieważ Amerykanie nie pozwalają im mieć regularnego wojska. To nadal konsekwencje udziału w Drugiej Wojnie Światowej po niewłaściwej stronie. Amerykanie mają na terenie Japonii swoje bazy wojskowe, których koszty utrzymania w 70% pokrywa Japonia. Ludzie są podzieleni w kwestii czy to dobra sytuacja czy nie. Jedni nie chcą obcej armii na terenie swojego kraju, a zarazem chcieliby, aby Japonia miała możliwość posiadania własnego wojska. Zwolennicy obecnego stanu rzeczy, z kolei argumentują że jeżeli Amerykanie się wyniosą, nic już nie będzie powstrzymywało Chińczyków przed inwazją. Już od niejednej osoby słyszałem, że Japończycy boją się ataku Chińczyków. Tak samo jak południowa Korea ciągle mówi o niechybnej inwazji ze strony Korei Północnej.

Korea - Seul

Okolice Seulu z lotu ptaka Po czterech dniach w Japonii, odbyłem krótki lot do Seulu, gdzie miałem zostać niecałe dwa dni. Wylądowałem w okolicach godziny 22-giej, a z lotniska wyszedłem grubo po 23-ciej. Strasznie dużo czasu zajęła kontrola paszportowa. Popełniłem błąd wybierając tani autobus do miasta, zamiast droższą taksówkę. Ostatni przystanek autobusu był kilka kilometrów od hotelu, w sławnej imprezowej dzielnicy Gangnam, co w moim mniemaniu nie stanowiło żadnego problemu. Stwierdziłem, że wezmę taksówkę z przystanku autobusowego i w kilka minut będę u celu. Jakże błędne było to założenie. Zaraz obok przystanku, przy ulicy stało zaparkowanych chyba z 10 taksówek. Po czterech próbach rozłożyłem ręce i zrezygnowałem. Każdy taksówkarz na pytanie, czy mnie zabierze pod podany adres kręcił głową, machał rękami i zamykał okno, ewidentnie kończąc rozmowę (słabo u nich z angielskim, stąd ta żywa gestykulacja). Zostało mi zasuwanie na piechotę. Okazało się, że w Seulu taksówkarze mają idiotyczną zasadę olewania krótkich kursów mniej więcej od godziny 23-ciej. Interesują ich tylko kursy "na drugą stronę miasta". Dopytałem się następnego dnia w biurze o co im może chodzić. Oczywiście, jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Podobno nie kalkuluje im się jeździć na krótkich trasach i tylko biorą pasażerów jadących daleko. Ruszając w drogę niejako tracą miejsce w kolejce na postoju, więc musi im się to opłacić. Widziałem na twarzach moich rozmówców lekkie zażenowanie, kiedy mi o tym opowiadali.
Piesza wycieczka nie była tak banalna jakby się mogło wydawać. Nieświadomy niczego wyciągnąłem telefon, włączyłem niezawodne Google Maps, i stałem przez kilka minut, jak pacan nie pojmując jakim cudem Google nie potrafi znaleźć adresu hotelu, a po tym jak znalazłem go sam na mapie, także nie potrafił mi wyznaczyć trasy którą mam iść. Ponownie z wyjaśnieniami przyszli ludzie z biura. Jak się okazuje, Korea Południowa jest cały czas w stanie wojny. Jest to oczywiście spowodowane niestabilną sytuacją z ich północnym sąsiadem. W związku z tym mapy Googlowe celowo mają bardzo ograniczone możliwości, aby nie pomagać potencjalnemu najeźdźcy.

Po nie do końca miłym początku, następnego dnia na lunch zabrali mnie na wyśmienitą chińszczyznę. Była to koreańska chińszczyzna, całkiem inna iż ta, którą można zjeść w Londynie. Wieczorem na kolację poszliśmy na niesamowitą koreańską wersję kuchni włoskiej. Szczególnie wyjątkowy był krab miękkoskorupowy (Soft-shell crab) usmażony w całości i obtoczony w chrupiącej panierce, a do tego korniszony pokrojone w plasterki i usmażone w panierce na głębokim tłuszczu. Dla kogoś kto lubi chrupiące rzeczy, był to raj w gębie :)
Restauracja nazywała się Melting Shop, którą gorąco polecam.

Po jedzeniu poszliśmy na tradycyjny ryżowy napój wyskokowy zwany Makgeolli. Wygląda jak kremowe mleko i smakuje lekko drożdżami. Pije się go z cynowych miseczek i pogryza owocami morza. Spróbowałem raz, i chyba na tym poprzestanę.

Londyn Następnego dnia rano, już bez kombinowania, zamówiłem taksówkę i udałem się na lotnisko, aby po męczącym i pełnym wrażeń tygodniu wrócić do domu.

comments powered by Disqus