Wskakuj

Wskakuj

Niby już czwartek, a czuję się jakby to był nadal poniedziałek. Aby do weekendu, tak brzmi hasło wszystkich wyluzowanych i napakowanych energią imprezowiczów, dla których praca jest jedynie sposobem na zdobycie środków potrzebnych do wyjazdu na Ibizę, czy inne podobne miejsce. Jak będzie wyglądał mój imprezowy weekend? Obejrzę jakiś film, może nawet coś ugotuję, pogram w jakiegoś multiplayera. Zostanę zbluzgany przez sfrustrowanego nastolatka, wykrzykującego niestworzone rzeczy, które zrobi mojej matce. Oczywiście przejmę się tym ogromnie i pójdę spać z wrażeniem dobrze spędzonego weekendu.
Jestem w tym piekielnym mieście już przeszło rok i jakoś nadal nie mam żadnych znajomych. Miało być tak pięknie. Analityk finansowy w wielkiej korporacji, brzmi dumnie i ekscytująco. Mówili, przeprowadź się do wielkiego miasta, poznasz nowych ludzi, zakochasz się, będziesz żył pełnią życia, pełnia szczęścia. Po jakichś dziesięciu latach pracy na tym stanowisku, w różnych firmach stwierdzam, że ten mit to czysta propaganda. Excel to mój cały świat, codziennie te same tabelki, te same wykresy, te same zmagania. Większość raportów które generuję co tydzień można by zautomatyzować, ale przecież nie będę z tym wyskakiwał, bo mnie zwolnią jako już wtedy zbędny zasób ludzki. Przyjdzie do mnie ktoś z kadr i powie.
– Dziękujemy za wieloletnie zaangażowanie. Miał pan ogromy wkład w sukces firmy. Życzę powodzenia na ścieżce kariery, bla, bla, bla.
Może i wyszło by mi to na dobre. Może znalazłbym lepszą, ciekawszą pracę, a może i byłoby wręcz odwrotnie i skończyłbym pod mostem. Tu nie jest tak źle, tylko nudno. Gdyby tak chociaż raz coś ciekawego wydarzyło się w moim życiu.

Puk, puk.

Wszyscy są na lunchu, jestem sam w pokoju, a za mną jest okno. Jestem na dziewiątym piętrze. Chyba mi się coś przesłyszało.

Puk, puk.

No nie, przecież wyraźnie słychać, że ktoś tu puka, jakby za mną. Odwróciłem głowę w stronę okna i zamarłem.
– Ki diabeł – wyrwało mi się.
– Nie diabeł, tylko Batman – ledwo usłyszałem głos zza okna.
Jakby nie patrzeć osobnik za oknem był cały odziany na czarno. Na głowie niewątpliwe tkwiła maska batmana ze szpiczastymi uszkami. Na piersi widniał ciemno szary, bezbłędnie rozpoznawalny znak batmana. To jeszcze nic niezwykłego, ale fakt, że ów rzekomy superbohater unosił się w powietrzu siedząc w jakimś dziwnie futurystycznym statku, nie dał się łatwo wytłumaczyć. No Batman, ale jaja!
Nadal siedziałem jak zahipnotyzowany kiedy mój nowy towarzysz machnął ręką w geście nawołującym do otwarcia okna. Z głośnym kłapnięciem zamknąłem buzię, całkiem odruchowo rozejrzałem się po pokoju. Nadal pełny wątpliwości podjechałem z krzesłem bliżej okna. Chwilę mocowałem się z klamką, ale udało się uchylić na tyle mocno, abym mógł lekko wystawić głowę na zewnątrz.
Osiągając niepojęte wyżyny elokwencji wydusiłem z siebie.
– yyy, Batman?
– Brawo, któż by inny? – usłyszałem w odpowiedzi.
– Przecież ty jesteś postacią z komiksów.
– Tam powstała idea, ale wreszcie nastały czasy, kiedy idea mogła stać się rzeczywistością.
Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że nie słyszę żadnego odgłosu silnika odrzutowego, a jedynie lekki szum dochodzący gdzieś z wnętrza latającej maszyny. Nigdzie nie zauważyłem żadnych linek do żurawia na dachu, na których mógłby ten skubaniec wisieć. To musi być jakiś nowy program telewizyjny gdzie wkręca się ludzi w takie fantastyczne historie. Pewnie wszędzie poukrywane są kamery i reszta ludzi z biura siedzi teraz w pokoju obok mając ze mnie nie lada ubaw.
– Jakim cudem ta masa żelastwa unosi się w powietrzu? – spytałem sceptycznie.
– Lewitacja magnetyczna – padła szybka odpowiedź.
Zatkało mnie po raz drugi w ciągu ostatnich kilku minut. Coś tam, kiedyś mi się takiego obiło o uszy, ale fizyka zawsze była dla mnie czarną magią. Nie przekonał mnie w stu procentach, ale niech mu tam będzie, na razie.
– I czego Batman, pogromca przestępców, oczekuje ode mnie? – wyplułem z siebie zaczynając tracić entuzjazm.
– Będę z tobą szczery, próbuję czegoś nowego. Jak sam wspomniałeś, walczę z przestępcami, w związku z czym mam styczność wyłącznie z mętami tego świata. Chcę dla odmiany zrobić coś dobrego dla kogoś kto na to zasłużył.
– Ha, i padło na mnie?
– Obserwowałem Cię od jakiegoś czasu. Jesteś dobrym człowiekiem, ale się marnujesz. Potrzebujesz, aby ktoś Ci pokazał co może zaoferować życie. Ktoś musi Cię pokierować w odpowiednią stronę, a osiągniesz na prawdę wiele.
– Teraz pewnie nastąpi moment, kiedy dowiem się, że muszę zainwestować w swoją przyszłość i oddać Ci moje wszystkie oszczędności.
– Przecież wiesz, że mam więcej pieniędzy niż zdołam wydać przez całe życie. Jedyne czego od Ciebie potrzebuję to odrobina odwagi. Zobacz, za mną jest wolne miejsce, dla pasażera, specjalnie dla Ciebie. Otwórz szerzej okno i wskakuj do mnie, a obiecuję Ci że nigdy już nie będziesz się nudził.
– Kusząca propozycja, ale jednak jestem na dziewiątym piętrze i gdybym się poślizgnął, nie byłoby co ze mnie zbierać.
– Dasz radę.
– No, nie wiem.
– Zobacz, podsunę się bliżej, teraz jestem prawie na wyciągnięcie ręki. Otwórz szerzej okno i zrób jeden krok, a nie pożałujesz. Dasz radę.
Coś dziwnego jest w jego głosie. Jest taki przyjazny i bezpiecznie znajomy, aczkolwiek nie mogę go dokładnie zidentyfikować. Jakiś taki jakby podobny do mojego. Sam nie wiem.
– Właściwie to mam przecież przerwę na lunch, chyba nic się nie stanie jeżeli z niej skorzystam, prawda?
– Oczywiście, że nie. Wskakuj.
Nie bez problemów otworzyłem okno na tyle szeroko, aby jakoś się przez nie przecisnąć i dałem krok w przód.

***

No tak, teraz stoję obok i patrzę na swoje zmasakrowane na chodniku ciało i zastanawiam się czy trafię na górę, czy na dół, a może wszyscy się mylimy i stanie się coś całkiem nieoczekiwanego? To by dopiero było ciekawe!

Wojciech M. Kosiński

Inspiracja: 9gag, albo reddit, nie pamiętam dokładnie 🙂

Dla łatwości czytania na wszelkiego rodzaju czytnikach, różne formaty do pobrania poniżej.

icon-epub icon-kindle icon-mobi

comments powered by Disqus