/Dublin, Llanfairpwllgwyngyllgogerychwyrndrobwllllantysiliogogogoch, Wielkanoc, Irlandia 2012, Irlandia, motocykl

Irlandia - Llanfairpwllgwyngyllgogerychwyrndrobwllllantysiliogogogoch i Dublin

Część 1: Irlandia - Llanfairpwllgwyngyllgogerychwyrndrobwllllantysiliogogogoch i Dublin
Część 2: Irlandia - klify Moheru i Galway
Część 3: Irlandia - droga na północ
Część 4: Irlandia - Grobla Olbrzyma i Belfast

W tym roku tak się złożyło, że nie jechaliśmy do kraju raju na Wielkanoc. Po prostu siedzieć w domu to nie w naszym stylu, więc zdecydowaliśmy się na małą podróż po Irlandii, jako że jest relatywnie niedaleko. Zaplanowaliśmy trasę, porezerwowaliśmy kwatery (bed & breakfast) na każdy dzień i w piątek z samego rana ruszyliśmy w drogę. Tym razem motocyklem a nie samolotem 🙂

Llanfairpwllgwyngyllgogerychwyrndrobwllllantysiliogogogoch

Tak, tak, wszystko się zgadza. To jest oryginalna nazwa miejscowości w Walii 🙂 Jako że była po drodze do Holyhead, skąd odpływał nasz prom, trzeba było ją odwiedzić. Jest to maleńka mieścina, której jedyną atrakcją jest właśnie jej nazwa, ponoć trzecia najdłuższa nazwa geograficzna na świecie.



Po odwiedzeniu sklepu z pamiątkami nie było tutaj nic więcej do roboty, więc ruszyliśmy dalej w kierunku promu, na którym jak się okazało cała obsługa bufetu to Polacy. Pomimo sporej odległości (jakieś 110km) płynęliśmy niecałe dwie godziny. Prom śmigał z zawrotną prędkością 65 km/h – według nawigacji TomTom’a.

Dublin

Po zjechaniu na brzeg skierowaliśmy się bezpośrednio do wcześniej zarezerwowanej kwatery. Miejsce znaleźliśmy bez problemu. Już zewnętrze budynku wyglądało lekko dziwnie. Na drzwiach wejściowych były dwa nie podpisane dzwonki. Nacisnąłem jeden, chwilę poczekaliśmy, nacisnąłem drugi, znowu chwilę poczekaliśmy i już miałem zamiar dzwonić na numer telefonu podany w potwierdzeniu rezerwacji, kiedy drzwi wreszcie się otwarły. Przywitał nas uśmiechnięty hindus. Po przekroczeniu progu uderzył nas specyficzny zapach zatęchłego, dawno nie wietrzonego pomieszczenia.
Zostaliśmy zaprowadzeni do “biura”, które okazało się być deską do prasowania. Gospodarz odsunął na bok jakąś koszulkę, wyciągnął zeszyt i odnotował nasze przybycie, po czym zażądał zapłaty za pokój. Zaprowadził nas na górę i stało się jasne, dlaczego kazał sobie zapłacić z góry. Takiego syfu dawno nie widziałem. Włosy pod prysznicem, w połowie zużyta kostka mydła na zlewie, koty kurzu w rogach przy ścianie, martwa mucha w lampce nocnej, wielka pajęczyna na żyrandolu, a w koszu śmieci poprzednich gości. Ogólnie mało przyjemnie. Na szczęście pościel wyglądała na czystą, więc stwierdziliśmy, że nie będziemy już szukać niczego innego i zostaniemy tutaj.


Dublin nie był jednym z głównych celów tej podróży, więc nie zamierzaliśmy tu długo zabawić. Pomimo niezbyt pozytywnego początku wieczór spędziliśmy na zwiedzaniu ulicy Temple Bar i okolic centrum miasta. Los chciał że akurat trafiliśmy na jeden z niewielu, jeżeli nie jedyny dzień w roku, kiedy w Irlandii jest zakaz sprzedaży alkoholu. W związku z tym przesławny Temple Bar świecił pustkami 🙂









Resztę wieczoru spędziliśmy w wyborowym towarzystwie Kasi (większego zła) i Łukasza. Późno w nocy wróciliśmy do “hotelu” na zasłużony odpoczynek. Rano ruszamy na zachodni kraniec Irlandii.

Dziwny ten świat

Nazywam się Wojtek Kosiński i nie mogę żyć bez podróżowania... i komputerów

Szukaj

Ostatnie wpisy