/lima, peru, sa-19, andy, taniec

Zwiedzanie Limy w jeden dzień

Część 1: Zwiedzanie Limy w jeden dzień
Część 2: Cuzco - miasto pieczonej świnki morskiej i spalin

Dawno temu, jako nastolatek obejrzałem serial animowany Tajemnicze Złote Miasta i zapragnąłem odwiedzić Amerykę Południową. Na własne oczy zobaczyć te ruiny miast cywilizacji Inków i Majów. To był zawsze dla mnie nieosiągalny koniec świata. W tym roku chyba musiałem wyjątkowo dobrze przykładać się do swojej pracy, bo bez problemu dostałem zgodę na trzy tygodnie urlopu. Lepszej okazji na spełnienie powyższego marzenia mogę już nie mieć. Ułożyliśmy bardzo ambitny plan, ale szybko okazało się, że lekko przesadziliśmy. Trzy tygodnie wydaje się być ogromną ilością czasu, ale kiedy ma się do przebycia tysiące kilometrów i zobaczenie dziesiątki miejsc, nagle trzy tygodnie okazują się niestety niewystarczające. Ostateczny plan, który i tak niektórzy twierdzili, że jest zbyt ambitny wyglądał następująco: zaczynamy od Peru, potem Boliwia, jednodniowy wypad do Argentyny i zakończenie podróży na samym południu Chile.

Sam lot z Londynu do Limy, stolicy Peru przebiegł bez problemów, ale jak się okazało po wylądowaniu, mój bagaż został w Londynie. Na szczęście to była moja walizka, nie Moniki, więc tylko ja nie miałem się w co przebrać następnego dnia. Nieszczęście było jednak takie, że wszystkie kosmetyki były w mojej walizce. Pierwszy dzień wakacji, czyli zwiedzanie Limy, gdzie wyjątkowo mocno świeciło słońce, musiałem spędzić w dżinsach i ciężkich butach. Bagaż do nas dotarł późnym wieczorem dnia następnego i już do końca wyjazdu podróżował razem z nami :)

Drugą niezbyt miłą niespodzianką było to, że nasze angielskie telefony przestały działać. Po dłuższej chwili grzebania okazało się, że nasz operator komórkowy nie ma podpisanej żadnej umowy na roaming z Peru ani z Chile. Na szczęście mój firmowy telefon nadal działał, więc w razie jakiegoś nieszczęścia nie bylibyśmy odcięci od świata.

Zaplanowaliśmy sobie jeden, pełny dzień zwiedzania w Limie, więc żeby nie tułać się bez celu po mieście, skorzystaliśmy z Free Lima Walking Tour. Jest to kompletnie darmowa wycieczka z przewodnikiem, płaci się tylko 2,50 sola na osobę, za bilet autobusowy. Przewodniczka zarabia na dobrowolnych napiwkach, już po wszystkim. Na zwiedzanie wyruszyliśmy o 10 rano, z ich biura w dzielnicy Miraflores. Stamtąd pojechaliśmy autobusem do centrum miasta, gdzie zaczyna się zwiedzanie. Przewodniczka prowadziła całą grupę zabytkowymi uliczkami opowiadając o ciekawych miejscach. Co drugi budynek jest tam oznaczony znakiem światowego dziedzictwa UNESCO. Firmy chcące mieć swoje sklepy w śródmieściu, w zabytkowych budynkach, są zmuszone do zmiany swoich logo na czarny kolor. Wszystko to po to, aby nie niszczyć kolonialnego klimatu dzielnicy. Dzięki temu mamy takie ciekawostki jak całkiem czarne logo McDonald's.
Łącznie zwiedzanie trwa jakieś 3 godziny, z małymi przerwami w trakcie na zdjęcia i siku. Zaczęliśmy od Plaza San Martín z pomnikiem wyzwoliciela Peru, José de San Martín'a. To te zdjęcia z dużą ilością kolorowo ubranych ludzi. Mieliśmy to szczęście, że akurat tego dnia odbywał się tam jakiś festyn regionalnej muzyki Peru.
Plaza San Martín
Plaza San Martín
Plaza San Martín
Plaza San Martín
Plaza San Martín
Plaza San Martín
Skończyliśmy na Plaza De Armas De Lima, czyli na głównym placu miasta, przy którym stoi pałac prezydencki, katedra oraz kilka rządowych budynków. Te pomalowane na biało oznaczają wolność, zaś te pomalowane na żółto, szczęście.
Lima - Plaza De Armas De Lima
To nie my jesteśmy na zdjęciu, ale kolejka była za duża i nie chcieliśmy marnować czasu na czekanie
Tu już my :)
Tu już my :)
Panorama placu Plaza De Armas De Lima
Panorama placu Plaza De Armas De Lima
Katedra metropolitalna św. Jana Ewangelisty w Limie
Katedra metropolitalna św. Jana Ewangelisty w Limie
Urząd miejski w Limie
Urząd miejski w Limie
Siedziba arcybiskupa Limy
Siedziba arcybiskupa Limy
Uliczki Limy
Uliczki Limy
El Pacifico, Lima
Super miła obsługa w restauracji El Pacifico, gdzie jedliśmy słynne ceviche
Ceviche
Wspomniane ceviche jest w przegródce po prawej
Zabytkowy kościół
Rano, idąc do biura turystycznego trafiliśmy na małą scenę ustawioną na środku ulicy. Z głośników wydobywała się muzyka latynoska, a na scenie tańczyła instruktorka pokazująca wszystkim obecnym na ulicy, jak tańczyć (zdjęcie poniżej). Każdy kto chciał, mógł się przyłączyć, nikt na nikogo krzywo nie patrzył, nie było ważne jak kto się rusza, aby tylko czerpał przyjemność z muzyki i tańca.
Z kolei wieczorem, wracając do hotelu, przechodziliśmy przez park Kennedy'ego, gdzie mieszka dziesiątki kotów. Tam znowu natrafiliśmy na tańczących ludzi. Tym razem już to wyglądało bardziej spontanicznie. Radość i beztroskę widać na filmiku poniżej.
Ludzie tańczący na ulicy
Przypadkiem trafiliśmy na ludzi tańczących na ulicy

Roztańczona Lima

Z centrum postanowiliśmy wrócić do hotelu miejskim autobusem. W Limie nie ma podziemnego metra, ale są specjalne autobusy, które mają własny pas ruchu, oddzielony od reszty użytkowników drogi małym murkiem. Dzięki temu jeżdżą przez miasto bez korków. Jak już wspomniałem wcześniej, bilet kosztuje 2,50 sola. Na przystanku są automaty, w których można kupić bilet. Drobnych mieliśmy tylko jakieś 4,50, więc brakowało około pół sola na dwa bilety. Banknot mieliśmy tylko 20 solowy, który był za duży żeby automat wydał resztę, więc pan z obsługi machnął ręką, kazał wrzucić do maszyny wszystkie drobne które mieliśmy i nas wpuścił do autobusu. Bez problemu, bez stresu i z uśmiechem na twarzy.

Z rana niebo było zasnute grubą warstwą chmur, gdzieś około godziny 11 chmury się rozeszły, wyszło słońce i nagle zrobiło się jakieś 25 stopni ciepła. Wieczorem, gdzieś koło 17 znowu niebo zasłoniła gruba warstwa chmur. Wtedy dopiero okazało się jak bardzo się zjaraliśmy na twarzy i na rękach. Filtr przeciwsłoneczny był w mojej walizce, tej która została w Londynie, więc nawet gdybyśmy jednak pomyśleli o jego użyciu, to i tak by nam się to nie udało. Szczególnie ja sobie zmasakrowałem skórę na twarzy, przez co cierpiałem jeszcze przez kilka następnych dni. Kiedy ta spalona skóra już mi zeszła, spod spodu wyszła skórka miękka jak u niemowlaka. Czyli nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło :)

Taksówkarz wiozący nas z lotniska do hotelu na Miraflores (koszt 60 soli albo 19 USD) dał nam swoją wizytówkę i powiedział, żebyśmy się odezwali na Whatsupie kiedy będziemy wylatywać, to nas zawiezie na lotnisko za 50 soli.

Ogólne spostrzeżenia po pierwszych kilku dniach:

  • Peruwiańczycy są bardzo mili i zawsze uśmiechnięci.
  • Wszyscy używają Whatsupa, włącznie z hotelami i obsługą klienta na lotnisku.
  • Samochodami jeżdżą jak potłuczeni, ciągle ktoś trąbi i rzadko używają kierunkowskazów.
  • Przewodniczka zarzekała się że najlepsze Ceviche jest tylko w Limie.
  • Jeżeli masz kartę płatniczą w Revolut, Monzo czy podobnym banku, to możesz płacić kartą za rzeczy w dolarach. Revolut nie daje możliwości płacenia bezpośrednio w Peruwiańskich solach, ale wszędzie przyjmą zapłatę w amerykańskich dolarach. Prawie nie trzeba wozić gotówki.

P.S.
Na wakacje wyjechaliśmy 2 listopada, a do domu wróciliśmy 22-go.

Dziwny ten świat

Nazywam się Wojtek Kosiński i nie mogę żyć bez podróżowania... i komputerów

Ostatnie wpisy