/sa-19, andy, góry, cuzco

Pięciotysięcznik Rainbow Mountain (Winicunca) - największe wyzwanie

Część 1: Zwiedzanie Limy w jeden dzień  
Część 2: Cuzco - miasto pieczonej świnki morskiej i spalin  
Część 3: Machu Picchu - święte miasto  
Część 4: Pięciotysięcznik Rainbow Mountain (Winicunca) - największe wyzwanie

Winicunca - Rainbow Mountain - Tęczowa Góra
Winicunca - Rainbow Mountain - Tęczowa Góra

Po wczorajszym fiasku z transportem powrotnym, dzisiejsza atrakcja pomimo, że sama w sobie już była niezłym wyzwaniem, stała się o wiele trudniejsza. Spaliśmy może 3-4 godziny, bo znowu trzeba było wstać o 4 rano. Tęczowa Góra, po angielsku zwana Rainbow Mountain, a w języku loklanym Winicunca, czy nawet Vinicunca, jest oddalona od Cuzco jakieś 140 km, przy czym spora część tej drogi nie jest pokryta asfaltem i za szybko jechać się nie da. Na miejscu byliśmy w okolicach 8 rano, czyli po jakichś 3-4 godzinach jazdy. W pakiecie mieliśmy zapewnione śniadanie, obiad, transport i osobistego przewodnika, czego jak się okazuje wcale nie trzeba było robić. Wszędzie w internecie oferują takie pakiety, a tak naprawdę wystarczy sobie zarezerwować transport busem z Cuzco do Rainbow Mountain. Tam z bazy wypadowej można spokojnie ruszyć samemu. To nie tak jak w przypadku wczorajszego Machu Picchu, gdzie przewodnik opowiedział nam całą masę ciekawostek. Tutaj nie ma aż tak dużo do opowiadania o samej górze, więc tym razem przewodnik zasypywał nas informacjami ogólnie o Peru, kulturze Inków (a raczej Keczua) i okolicach Cuzco.
Z hotelu odebrał nas kierowca niemówiący po angielsku, a po drodze dołączył do nas przewodnik, który już bardzo dobrze posługiwał się tym językiem.
Gdzieś w połowie drogi zorganizowany był postój na rozprostowanie nóg i zjedzenie śniadania. Oprócz nas było tam jeszcze kilka osób. Ogólnie widać było, że to popularne miejsce na postój i posiłek. Jedzenie było bardzo proste, ale pożywne.
Po tej krótkiej przerwie ruszyliśmy dalej i po jakimś czasie dotarliśmy do Rainbow Mountain, skąd dalej już ruszyliśmy pieszo. Niektórzy szli na łatwiznę i wynajmowali sobie konia za 80 soli (jakieś 100 zł), który zabierał ich prawie na sam szczyt. My uznaliśmy to za oszukiwanie, więc w duchu wyzwania i przygody resztę drogi przebyliśmy z buta.
Parking dla busów i prawdziwy początek wspinaczki
Parking dla busów i prawdziwy początek wspinaczki
Opcja dla leniwych
Opcja dla leniwych

Mieliśmy do przejścia zaledwie kilka kilometrów, ale był to najtrudniejszy spacer w moim życiu. Baza wypadowa znajduje się na wysokości 4200 m n.p.m., a szczyt Rainbow Mountain ma 5036 m (5200 według Wikipedii). Na takich wysokościach naprawdę trudno się oddycha. Parę kroków pod górkę i już ledwo łapaliśmy oddech. Brak snu na pewno też miał duży wpływ na nasz brak sił, ale myślę że nawet jeżeli byśmy się wyspali, nie byłoby jakoś dużo łatwiej. Powietrze na takiej wysokości jest tak rzadkie, że trzeba naprawdę głęboko oddychać, żeby dostarczyć sobie standardową ilość tlenu. Nam, mieszkającym na co dzień w Londynie, położonym praktycznie na poziomie morza, oddychanie na 5000 metrów nad poziomem morza sprawiało nie lada problemy. Co kilka minut robiliśmy małe przerwy na złapanie oddechu i oczywiście pstrykanie zdjęć. Nie jest łatwo oddać te zapierające dech w piersiach widoki na zwykłych zdjęciach, ale bardzo się staraliśmy 🙂



Tęcze towarzyszyły nam przez całą podróż
Tęcze towarzyszyły nam przez całą podróż
Czerwona dolina
Czerwona dolina


Na początku wspinaczki pogoda raczej nie sprzyjała. Siąpił lekki deszczyk, niebo zasnute było gęstymi chmurami, wszystko pokrywał śnieg i ogólnie było zimno. Dopiero kiedy byliśmy już blisko szczytu, chmury się trochę przerzedziły, śnieg zaczął topnieć, odsłaniając te niesamowite kolory, i nawet deszcz jakoś tak mniej dokuczał. Temperatura się podniosła, co niestety oznaczało że wcześniej zmarznięta ziemia teraz zamieniła się w śliskie błocko. To tak, żeby schodzenie w dół nie było przypadkiem za łatwe.
W drodze na szczyt
W drodze na szczyt
To samo miejsce w drodze powrotnej
To samo miejsce w drodze powrotnej

W pewnym momencie, gdzieś w 2/3 drogi mieliśmy poważny kryzys. Nawet nie przeszło nam przez myśl żeby zawrócić, ale marzyliśmy o długim odpoczynku. Wtedy nasz przewodnik przyszedł z odsieczą. Wyciągnął z plecaka małą fiolkę z jakimś przezroczystym płynem. Z uśmiechem oznajmił nam że jest to "condor piss" (siuśki kondora), wylał nam po kilka kropel na dłonie, kazał rozetrzeć i mocno wciągnąć nosem. Na chwilę dostaliśmy niezłego kopa energii, ale już po paru minutach nasze ciała znowu zażądały odpoczynku. Krótki postój wystarczył i już bez większych dramatów dotarliśmy na szczyt.

Później się dopytałam i te jego siuśki kondora to tak zwana Agua de Florida, czyli jakiś szamański specyfik. Najpewniej zawiera szczątkowe ilości w pełni legalnej w Peru koki. Głęboko wdychany oczyszcza górne drogi oddechowe, przez co ułatwia oddychanie, jak i pomaga przy początkowych objawach choroby wysokościowej. Na szczęście nas choroba wysokościowa nie dopadła, ale widzieliśmy jedną osobę wymiotującą tuż pod samym szczytem. Jeżeli podczas wspinaczki miałbyś silne zawroty głowy, lub właśnie wymiotował, natychmiast się zatrzymaj, oddychaj głęboko i definitywnie zawróć z drogi. Takie niedotlenienie mózgu może mieć poważne konsekwencje.

Dla nizinnych mieszczuchów, takich jak my, dotarcie na sam szczyt było niesamowitym wysiłkiem, ale satysfakcja była ogromna i widoki podczas podejścia iście nieziemskie.
Udało się!
Udało się!
Sam szczyt, 5036 m n.p.m.
Sam szczyt, 5036 m n.p.m.

Sklepik prawie na szczycie
Sklepik prawie na szczycie
Orzeźwiająca herbata z koką
Orzeźwiająca herbata z koką
"Macie się uśmiechać i przytakiwać, zrozumiano?"
"Macie się uśmiechać i przytakiwać, zrozumiano?"

W trakcie marszu dowiedzieliśmy się, że Rainbow Mountain (Winicunca) jest taką ciekawą atrakcją turystyczną dopiero od kilku lat. Z powodu globalnego ocieplenia śnieg, normalnie dokładnie pokrywający te góry, zaczął topnieć i nie powracał na tyle długo, że ludzie mieli szansę podziwiać jej kolorowe walory. Badania geologiczne pozwoliły zidentyfikować siedem różnych minerałów wchodzących w skład gleby. Dzięki temu teraz my możemy oglądać te niesamowite kolory.
Przed uzyskaniem popularności i masowym napływem turystów, miejscowa ludność żyła w skrajnej biedzie. Na przykład, w górach nie rosną żadne drzewa, więc ludzie opalali w kominkach wyschniętymi odchodami lam i alpak. Teraz cała okoliczna ludność zarabia właśnie na turystach. Dlatego jeżeli tam już będziesz, to kup od nich kubek gorącej herbaty, batona czy inne drobiazgi oferowane zaraz pod szczytem.
Jeżeli wierzyć naszemu nadmiernie gadatliwemu przewodnikowi, to podobno mieliśmy zaszczyt iść z tym samym przewodnikiem, z którym górę zdobywał sam Antonio Banderas.
Panom strasznie podobała się moja broda, stąd te szerokie uśmiechy
Panom strasznie podobała się moja broda, stąd te szerokie uśmiechy

Wracając do hotelu przewodnik opowiedział nam ciekawą historię o nazwie ludu Inków. Jak się okazuje, kiedy Hiszpanie przybyli do Ameryki Południowej i po raz pierwszy spotkali się z przedstawicielami plemienia Keczua, został im przedstawiony król plemienia w słowach "inka (tutaj imię króla)". Słowo inka w języku keczua oznacza król. Hiszpanie zrozumieli, że to jest lud Inka i tak zaczęli ich nazywać. Z racji że historię piszą zwycięzcy, nazwa Inkowie jest teraz powszechnie używana, zamiast poprawnej nazwy, Keczua.
Plemię Keczua było tylko jednym z wielu plemion w tych rejonach Andów. Zdobyli oni swoją potęgę przez prowadzenie wojny ekonomicznej, wchłanianie pomniejszych plemion, absorbowanie ich wiedzy i dzielenie się z nimi swoją własną wiedzą i technologią. Przez takie podejście, byli w stanie w latach swojej największej świetności objąć terytorium obecnych Peru, południowo-zachodniego Ekwadoru, zachodniej i południowo-centralnej Boliwii, północno-zachodniej Argentyny, większą część Chile i tereny południowo-zachodniej Kolumbii.
Lokalna fauna
Lokalna fauna
... i flora
... i flora
Koniec przygód w Peru.
Koniec przygód w Peru.

Dziwny ten świat

Nazywam się Wojtek Kosiński i nie mogę żyć bez podróżowania... i komputerów

Szukaj

Ostatnie wpisy